Usiadłem do stolika. Naprzeciwko mnie siedział chłopiec, może osiem lat, może dziewięć. Chłopiec rozkładał swój album kart pokemon powoli, z troską. Obok niego mama – kompletnie clueless, jeśli chodzi o wartość kart. Błądził wzrokiem po mojej kolekcji i wskazywał palcem. Uśmiechał się. Nie sprawdzał żadnej aplikacji. Nie wiedział, co jest warte ile. Chciał po prostu wymieniać.
Świetnie – pomyślałem. Mam przewagę.
Kolekcjonerzy VS skalperzy
Swoją kolekcję zacząłem przez wrogie przejęcie. Przeglądałem OLX, widziałem ogłoszenia ludzi, którzy kończyli swoją przygodę – i kupowałem. Tysiące kart. Z dnia na dzień stałem się kolekcjonerem. Bez sentymentu, bez historii, za to z dużym albumem i nawykiem sprawdzania cen przed każdą rozmową.
Tak to działa, kiedy zaczynasz traktować hobby jak aktywa.
Każda wymiana to negocjacja. Każde spotkanie – mała giełda. Ludzie siedzą naprzeciwko siebie z telefonami w dłoniach, scrollują Cardmarket, przeliczają w głowie marżę. Żeby nie wyjść na minusie, aby wartość była fifty fifty. Żeby nie dać się oskubać temu drugiemu, który też właśnie sprawdza Cardmarket.
To ma swoją nazwę. Na co dzień nazywamy to inwestowaniem.
Normalnie nazywamy to hazardem.
A chcielibyśmy nazywać – hobby.
Hazard milenialsa
Otwieranie boosterów to klasyczny mechanizm kasynowy i nie ma co się oszukiwać. Losowość. Dreszczyk. Raz wyjdzie łup wart tysiąc złotych. Raz wyjdą śmieci. Mózg zapamiętuje to pierwsze i każe kupować następne. Portfel się kurczy powoli, systematycznie, przy akompaniamencie dopaminy i ładnych grafik.
Jedyna sensowna strategia – jeśli już chcemy tu mówić o strategii – to kilka naprawdę wartościowych kart, niski wolumen, szuflada, dziesięć lat cierpliwości. Wszystko inne: wyszukiwanie okazji, flippowanie, monitorowanie cen, odsprzedaż – to nie inwestycja. To etat, który nie płaci tyle co etat. Tylko mniej.
Spekulanci to wiedzą. Dla nich rynek kolekcjonerski to narzędzie.
Dla reszty z nas miało to być hobby.
Wróćmy do chłopca.
Wymienialiśmy się. On wskazywał podobające się karty, ja wskazywałem. Nie rozmawiał o cenach, bo nie znał cen. Nie sprawdzał. Rozmawiał o tym, które karty są fajne. To była odświeżająca rozmowa – szczerze mówię, nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawiałem o kartach w ten sposób.
Przez większość czasu dbałem, żeby nie tracić. Pilnowałem się. Starałem się wychodzić mniej więcej na zero, co przy jego nieświadomości i mojej wiedzy oznaczało ciche wychodzenie na plus kosztem dziecka. Tak, wiem jak to brzmi.
Wybrałem ostatnią kartę, bardzo mi się podobała. Warta była prawie nic. On wskazał moją – wartą wyraźnie, wyraźnie więcej. Była taka cisza, w której mógłbym powiedzieć „nie, ta wymiana nie jest równa” i zamknąć album.
Zgodziłem się.
Skończyłem dzień na zero. Może minimalnie poniżej.
…i był to jeden z lepszych dni kolekcjonerskich od dawna. Nie dlatego, że byłem szczodry. Dlatego, że przez chwilę poczułem, o co w tym całym kolekcjonowaniu chodzi, zanim przyszło to całe liczenie.
Hobby nie musi zarabiać.
Hobby nie musi zarabiać. To zdanie brzmi banalnie, a jakoś ciągle zapominamy, że jest prawdziwe. Żyjemy w kulturze, która każe każdą pasję monetyzować, każdy wolny czas optymalizować, każdą przyjemność uzasadniać zwrotem z inwestycji.
Karty Pokémon są małymi dziełami sztuki. Są ładne. Mają swój klimat, swoją estetykę. Można je podziwiać, kolekcjonować, wymieniać za to, co się podoba – bez kalkulatora w tle.
Albo można sprawdzać ceny i pilnować marży.
Wybór należy do ciebie. Ja swój zrobiłem.